Duch Lwowa we Wrocławiu – czyli kawałek historii Hallera 15 back
Duch Lwowa we Wrocławiu – czyli kawałek historii Hallera 15

Niby nie sposób uciec od multipleksów. Wolimy iść tam, gdzie sale są lepiej nagłośnione, obraz bardziej wyraźny, lepszy sprzęt projekcyjny, niższe ceny biletów i gdzie mogą usiąść w wygodnym fotelu. Czasem nawet i film dobry. Niepowtarzalny klimat, żywa historia i nierzadko doskonały repertuar tradycyjnych, jednosalowych kin nie wystarcza, aby mogły przetrwać – we Wrocławiu powoli kończy się era kin studyjnych. Jednym z ostatnich jest właśnie Kino Lwów, w którym gości XII Festiwal KAN.

Powstało ono w budynku postawionym w 1897 roku i zaprojektowanym przez Adolfa Radinga, niemieckiego modernistycznego projektanta żydowskiego pochodzenia. Znajdowała się tam loża masońska i regularnie odbywały się zjazdy Odd Fellows.

– W tej chwili, po loży masońskiej pozostało tylko wielkie kolorowe oko, które kiedyś było ich znakiem, namalowane na ścianie w sali na strychu, na czwartym piętrze, gdzie trzymamy tylko jakieś starocie – mówi pani Irena Śliwiak, kierownik kina Lwów.

Długa historia tego miejsca sprawia, że Lwów owiany jest nutką tajemniczości. Długo cieszył się wysoką renomą i był miejscem spotkań inteligenckiej elity. Jednak w 1935 roku wszystkie loże w Trzeciej Rzeszy zostały rozwiązane a ich majątek skonfiskowany. Tym samym zamknął się pewien rozdział obecnej Hallera 15.

Budynek szczęśliwie nie pozostał pusty. Otwarto tam niemieckie kino Roxy Filmpalast. Miało sale na 719 miejsc na dwóch poziomach. W czasie wojny zostało zniszczone, ale na jego bazie w połowie lat pięćdziesiątych zostało otwarte PRL-owskie kino Przodownik. Na ówczesne czasy można je nazwać innowacyjnym. Jego wnętrza projektował Wacław Szpakowski, światowy prekursor op-artu i sztuki geometrii, który w projekcie użył wielu jaskrawych kolorów. Miało około 500 miejsc siedzących i było jednym z 15 kin we Wrocławiu.

– Jestem z tym kinem związana od urodzenia, od 1954 roku. Było to moje ulubione miejsce za dziecka i nie pamiętam, aby coś tu się zmieniło – mówi pani Irena. – Odkąd prowadzę to kino, były tu 2 remonty, ostatni w 1995 roku, ale i tak nie wprowadzaliśmy żadnych drastycznych zmian. Pomalowaliśmy ściany, twarde siedzenia zamieniliśmy na miękkie i wymieniliśmy ekran. Ale tego nikt nawet nie zauważył, bo był tych samych rozmiarów – dodaje.

W kinie można znaleźć tablicę zamieszczoną tam w grudniu 1989 roku, mówiącą o zmianie nazwy. Czytamy: „Zadość czyniąc pragnieniom Lwowian zamieszkałych we Wrocławiu, kinu temu nadano nazwę Lwów”. W ten sposób Wrocławianie okazali swoją wdzięczność wschodnim sąsiadom, którzy zmienili oblicze ich miasta. W 1947 roku Lwowianie stanowili niemal 10% mieszkańców Wrocławia. Byli to ludzie wykształceni, absolwenci lwowskiego Uniwersytetu Jana Kazimierza, którzy wraz ze swoim (przymusowym) przybyciem do stolicy Dolnego Śląska, wraz ze zwyczajami i tradycją dosłownie przywieźli kawałki swojego miasta - pomnik Aleksandra Fredry wykonany przez Leonarda Marconiego stojący na rynku czy Panoramę Racławicką, która została otwarta z przyczyn politycznych dopiero 40 lat po jej sprowadzeniu. To właśnie wtedy, na przełomie lat 80. i 90., kino przeżywało swój największy rozkwit. Sale były wypełnione po brzegi, a na większość seansów rezerwacje trzeba było robić z dużym wyprzedzeniem.

W kinie Lwów czujemy się, jak gdybyśmy cofnęli się w czasie. Wydaje się, że przez 20 lat nic tam się nie zmieniło. PRL-owskie klimatyczne wnętrza – drewniane, skrzypiące fotele obite beżową, kwiatową teksturą i drewniana podłoga sprawiają, że już przed rozpoczęciem seansu przenosimy się w inny świat.

– Niestety coraz mniej osób przychodzi do nas – żali się kierowniczka kina. – Pocieszające jest to, że mamy swoich stałych bywalców. Są nawet tacy, którzy czekają kilka miesięcy od premiery filmu aby zobaczyć go u nas. Większość jest w moim wieku, ale cieszy to, że są też młodzi. Mówią, że uwielbiają ten stary klimat, niewymalowane ściany, że to ich przyciąga.

 

tekst: Justyna Lutecka

zdjęcia: Sławek Stępień